Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 16

17 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 16

9.00 – 19.00, Masuleh 508 km.

Wyruszamy o 9.00 z zamiarem dotarcia do Morza Kaspijskiego. Nauczony doświadczeniem Zatoki Perskiej nie mam zamiaru w jakikolwiek sposób mieć kontaktu z akwenami morskimi w wydaniu irańskim. Niestety nasza znajoma uwielbia wodę i w końcu tam jedziemy. Ponadto chcemy zobaczyć wioskę Masuleh, która jest w niedalekiej odległości od morza.

150 km za Qazvin zjeżdżamy z głównej drogi do Soltaniyeh. Zwiedzamy tam największe na świecie mauzoleum wykonane z cegły. Wymiary są imponujące: 48 metrów wysokości i 25 metrów średnicy. Budynek był pierwotnie zbudowany jako miejsce wypoczynku Alego (zięcia Mahometa).

Z Soltaniyeh jedziemy na wschód i po podrzędnych drogach docieramy do Rudbar. Następnie Rasht i zakręt na Masuleh. Robiło się już ciemno więc zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Niestety trasa do Masuleh prowadzi w wąwozie jednej z wielu górskich rzek jakich tutaj wiele. Przez cały czas brak jest jakiegokolwiek miejsca do rozbicia namiotu. W końcu zjeżdżamy w jedyną możliwą dróżkę.

Pytamy się miejscowych czy można tutaj zanocować. Pozwalają nam. Miejsca tutaj są urokliwe, ale niestety okropnie brudne. Potoki i rzeczki to istne wysypiska śmieci. Rejony te zamieszkują w przeważającej liczbie Azerowie i jak sądzę ich poszanowanie środowiska wynika z zaszłości historycznych, których nie będę tutaj opisywał.

Nie jest tutaj miło, ale powoli się rozkładamy. Sytuacja się zmienia kiedy przychodzi jeden z miejscowych, z którym wcześniej rozmawialiśmy i chce od nas pieniądze i to astronomiczne kwoty wierząc zapewne, że „głupi turysta zapłaci”.

Bez jakiegokolwiek zastanowienia zwijam namiot dachowy i żegnamy kolesia, który chciał zrobić na nas interes życia.

Do Masuleh mamy kilka kilometrów. Wjeżdżamy do wioski i bez trudu znajdujemy bardzo miły nocleg. Rano postanawiamy pospacerować po wiosce.

Nocleg w hotelu (50 000 IRR).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 15

16 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 15

9.00 – 19.45, okolice Qazvin 653 km.

Z Isfahanu jedziemy na północ. Cały dzień poświęcamy na podróż i w okolicach Qazvin rozkładamy obóz.

Nocleg przy trasie.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 dzień 13 i 14

14-15 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 dzień 13 i 14

7.30 – 19.00, Esfahan 568 km.

Rano jesteśmy jednymi z pierwszych gości. Pozostałości pałacu Dariusza Wielkiego robią ogromne wrażenie. Nawet ich zniszczenie przez Aleksandra Macedońskiego nie odbiera im należnego splendoru i blasku.

Mówiąc krótko: warto to zobaczyć.

60 km dalej znajdują się grobowce królewskie w Pasargadae. Miejsce także wpisane na listę UNESCO i także polecam zobaczyć. Należy pamiętać aby poruszać się tam samochodem, gdyż poszczególne zabytki są w dużej odległości od siebie.

Oprócz wspomnianych wyżej zabytków mamy zamiar dotrzeć do Esfahan. W Esfahan trafiamy na roboty drogowe, które są dla nas dużym utrudnieniem w dotarciu do hotelu. Pomaga nam samozwańczy przewodnik na motorku (okazuje się, że nauczyciel). Dowozi nas pod hotel, który sami sobie wybraliśmy i poleca swoje usługi na następny dzień. Bardzo miło, bez nagabywania i bez wołania o pieniądze.

Lokujemy się w hotelu za 100 000 IRR od osoby ze śniadaniem. Zostajemy w Esfahanie dwa dni.

Wieczorem ruszamy na pierwsze spotkanie z tym wspaniałym miastem.

Spacerowanie po Isfahanie to czysta przyjemność. Nie będę opisywał co można zobaczyć, bo to wszystko jest do przeczytania w przewodnikach. Zwiedzanie i spacery od rana do późnego wieczora.

Oprócz zwiedzania wciągnęliśmy się w wir zakupów i staliśmy się posiadaczami ładnej lampy orientalnej i ręcznie tkanego kilimu. Posiłek zaliczyliśmy w dobrej restauracji w centrum, niestety jak to bywa w Iranie nie było to nic co by urzekło, ot zwykły kurczak z ryżem. Dwa dni zaliczamy do bardzo udanych, aż szkoda, że musimy tak szybko wyjeżdżać.

Nocleg w hostelu (100 000 IRR/dzień).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 12

13 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 12

8.00 – 21.00, Persepolis 398 km.

Dzisiaj w planie mamy tylko dotarcie do Persepolis, a jest to niecałe 400 km więc nie spieszymy się za bardzo. Znajoma, która podróżuje z nami za najważniejszy punkt wyprawy uznaje zamoczenie nóg w Zatoce Perskiej.

Idziemy nad morze lub lepiej powiedzieć najbrudniejsze miejsce jakie widziałem w życiu. Brud tak totalny, że trudno mi to zrozumieć gdyż Irańczycy naprawdę dbają o czystość w miastach, a także na trasie nigdy nie widziałem żadnych śmieci. Niestety morze i „plaża” to wysypisko śmieci. Przyglądam się z daleka jak dziewczyny idą nad wodę i robią sobie zdjęcia z lokalesami.

Po kilkunastu minutach pojawia się trzech facetów, którzy sprawdzają dziewczynom aparaty i legitymują nas wszystkich. Okazuje się, iż jest to sławetna policja religijna. Trzech facetów mówiących tylko w farsi i pokazujących co to nie oni.

Zabierają nam paszporty, dwóch zostaje z nami przy aucie, jeden odjeżdża z paszportami. Trzeba powiedzieć, że trochę daliśmy d..y, ponieważ nie powinienem dawać cywilom paszportów, tylko zrobić duży raban jak na granicy i jechać na posterunek. Ale stało się. Odczekaliśmy ze dwie godziny i osobnik wrócił do nas z paszportami na motorku, przeprosił za wszystko i nawet wyprowadził nas na trasę do Persepolis.

W konsekwencji było wszystko ok., ale według mnie jak jechać nad zatokę to do Bandar Abbas, a nie do jakieś zapyziałej mieściny lub ogólnie podarować sobie ten rejon. Jeśli zawitam w te rejony jeszcze raz będę się trzymał właśnie powyższej zasady. Później okazało się, że właśnie w okolicach Bandar-e-Gonaveh znajduje się zakład produkujący na potrzeby energetyki atomowej lub jak kto woli bomby atomowej.

Z Bandar-e-Gonaveh jedziemy na Borazjan i docieramy do Shiraz. Ustaliliśmy, że właśnie tutaj kupujemy dywany. Spacerujemy trochę po centrum Shiraz, które jest bardzo otwartym dla turystów miastem, spotykamy kilka osób mówiących dobrze po angielsku, nawet kobiety same nas zaczepiają i proszą o rozmowę. Naprawdę bardzo miło. Pokrzepieni po porannych doświadczeniach znajdujemy dzielnicę z dywanami.

Kupujemy po dywanie w rozsądnej cenie i jedziemy do Persepolis.

W mieście Marvdasht, kilkanaście kilometrów przed Persepolis trochę gubię trasę, ale zaraz znajduje się pomocny Irańczyk, który prowadzi nas przez miasto. Gdy po kilku kilometrach już wiem gdzie się znajduję zatrzymuję samochód i w ramach podziękowania chcę zapłacić gościowi. Okazuje się, że cwaniak nazywa się prywatną taksówką i żąda aż 50 000 IRR. Tą kwotą doprowadza mnie do szału. Krzyczę, że jadę na policję i zaczynam spisywać z jego rejestracji numery w bardzo ostentacyjny i widoczny sposób dla niego. Od razu działa. Gość bierze 30 000 IRR, które trzymał już w ręce i kłaniając się w pas odjeżdża.

Zauważyłem, że w tych rejonach działa mieszanka krzyku, oczywiście policji i twarda postawa bez zgadzania się na kompromisy. To pomaga w wielu negocjacjach.

Rozkładamy biwak na parkingu przed Persepolis w towarzystwie Irańczyków, którzy zapewne tak jak my przyjechali zobaczyć to wspaniałe miejsce jutro rano.

Nocleg na parkingu.

Hiszpania, Maroko 2011

Hiszpania, Maroko 2011
Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 11

12 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 11

9.00 – 23.00, Bandar-e-Gonaveh 597 km.

Wstajemy, szykujemy się do dalszej drogi, ale gospodarz bez śniadania nie chce nas wypuścić. Opisanie wszystkiego co się wydarzyło wczoraj i dzisiaj nie jest takie proste, wystarczy tylko powiedzieć, że takiej gościnności jeszcze w życiu nie doświadczyłem, a byłem już w wielu miejscach na świecie.

Dla Polaka nie jest to do pojęcia, że ktoś spotkany na ulicy zaprasza cię do domu, służy noclegiem, swoim czasem, także swoim paliwem itd., itp. Taki jest Iran. Naprawdę coś wspaniałego, a my nawet nie możemy się odwdzięczyć.

Po śniadaniu składającym się z koziego sera, miodu, placków lawach i dobrej herbaty jedziemy na zwiedzanie Sush (niestety muzeum było zamknięte), później w okropnym upale oglądamy najlepiej zachowany ziggurat w Choqa Zanbil i po następnych kilkunastu kilometrach jesteśmy w Shusthar gdzie znajdują się niedawno wpisane na listę UNESCO systemy nawadniające z III w.n.e., ale zbudowane na wcześniejszych fundamentach z czasów Dariusza Wielkiego.

W planach mamy dotarcie do Zatoki Perskiej i poszukanie noclegu gdzieś na plaży. Niestety nad morze docieramy już po zmroku i nie jesteśmy w stanie wyszukać dobrego miejsca.

Jedziemy cały czas wybrzeżem i w miejscowości Bandar-e-Gonaveh miejscowi chłopacy obwożą nas po lokalnych hotelikach i w końcu znajdujemy nocleg w jednym z nich.

Nocleg w hotelu (45 000 IRR).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 10

11 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 10

7.00 – 23.00, Andimeshk 573 km.

Wstajemy wcześniej i zwiedzamy Hamedan. Spacerujemy po ulicach wchłaniając klimaty irańskie. Z lekkim niedowierzaniem czytamy sms o katastrofie samolotu prezydenckiego. Nasze wątpliwości rozwiewają gazety irańskie z Lechem Kaczyńskim na pierwszej stronie i wizyta w kafejce internetowej. Wszystko już wiemy.

O 11.00 wyjeżdżamy z Hamedan na południe do Khorram Abad z zamiarem obejrzenia zamku Falak-ol-Aflak.

Według przewodnika zamek jest na wysokiej górze nad miastem. Niestety mimo krążenia po ulicach i dopytywaniu się lokalesów nie możemy go namierzyć. Dopiero uczynny patrol policji eskortuje nas w okolice zamku. Policjant oczywiście nie omieszkał nas zaprosić do swojego domu na nocleg.

Wchodzimy na zamek, tam też zwiedzamy muzeum Lori (rdzennych mieszkańców tego regionu).

Z Khorram Abad ruszamy w stronę Zatoki Perskiej. Początkowo plan podróży zakładał trasę w stronę Bandar Abbas i powrót pętlą przez irański Kurdystan, ale plany trochę zmodyfikowaliśmy i będąc w rejonach Sush i Ahvaz stwierdziliśmy, że jedziemy teraz nad zatokę, a do Bandar Abbas już tym razem nie dotrzemy. Tak to bywa podczas długich podróży; czasami plany się zmieniają.

Późnym wieczorem docieramy do Andimeshk z zamiarem znalezienia noclegu w hotelu. W namierzeniu hotelu pomaga nam spotkany przygodnie Irańczyk. Wskazuje nam drogę, pomaga negocjować cenę, ale także zaprasza do siebie do domu.

W samochodzie robimy burzę mózgów i podejmujemy decyzję o przyjęciu zaproszenia. Elementem, który zaważył było to, że Irańczyk był w moim wieku i mówił dobrze po angielsku (anglista na uniwerku w Andimeshk).

Docieramy do domu Husseina. Tam już wcześniej poinformowany brat przygotował dla nas kolację. Dzięki znajomości angielskiego i kontaktu ze światem zachodnim nie było problemu w przekazaniu Husseinowi podstawowego polskiego prezentu w płynie, który każdy Polak zabiera gdy idzie na spotkanie z innym człowiekiem. Siedzimy sobie w miłej atmosferze, rozmawiamy o sytuacji politycznej (może nie na miejscu, ale Hussein stwierdza, że rozbił się samolot z niewłaściwym prezydentem), rozmawiamy o życiu w Iranie, ja chłopakom mówię jak jest w Polsce. Dziewczyny i syn już dawno śpią, a ja z Husseinem i jego kolegą rozprawiamy do piątej nad ranem.

W konsekwencji Hussein nie pił, stwierdziwszy, że polska wódka raczej mu nie podchodzi, natomiast jego kolega i brat długo jeszcze odchorowywali imprezę.

Nocleg w Andimeshk u Husseina.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 9

10 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 9

8.00 – 19.00, Hamedan 631 km.

Dzień zaczynamy od zwiedzania jaskiń. Sahalan Caves to kompleks największych irańskich jaskiń wypełnionych wodą i w dużej części jeszcze niezbadanych. Poruszaliśmy się łódką w towarzystwie przewodnika-Kurda, który opowiadał nam o jaskiniach, życiu w Iranie i oczywiście wypytywał nas o wiele rzeczy.

Po jaskiniach jedziemy do Takht-e-Soleyman miejsca wpisanego na Listę UNESCO. Oglądamy ruiny pałacu z czasów Achemenidów (V-III w.p.n.e). Bez własnego środka transportu dotarcie tutaj może nastręczyć trochę problemów, ale ze względu na usytuowanie na wzgórzu jest to bardzo interesujące miejsce.

Dzisiaj zamierzamy dotrzeć do Hamedan i tam znaleźć nocleg co też nam się udaje. Wieczorem zwiedzamy Hamedan i z przykrością stwierdzamy, że będąc trzeci dzień w Iranie mamy trudności w znalezieniu dobrego jedzenia. Po długich poszukiwaniach zjadamy niestety nieśmiertelną pizzę (mimo wszystko bardzo smaczną) i popijamy ją Zam-Zam (irańska coca-cola).

Tu muszę napisać, iż w wielu miejscach szukaliśmy lokalnej kuchni, baru, restauracji czy garkuchni na świeżym powietrzu lecz niestety z marnym skutkiem. Opisy o wspaniałym jedzeniu irańskim na razie można włożyć między bajki. Jest ono zwykłe i normalne, ale bez smaku tzw. Orientu (który spotykałem bez żadnego problemu w Syrii, Jordanii o Turcji nie wspominając) i przede wszystkim mało dostępne.

Nocleg w hotelu (50 000 IRR).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 8

9 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 8

8.15 – 20.30, Jaskinie Sahalan 593 km.

Zaplanowaliśmy na dzisiaj sporo atrakcji. Ruszyliśmy w stronę Ormiyeh. Tam przejechaliśmy mostem, który łączy brzegi Jeziora Urmia w najwęższym miejscu, które jest jeszcze zwężone długą groblą. Przejazd ten zdecydowanie skrócił nam trasę do Kandovan. Do Kandovan, czyli miasta wykutego w skale trafiliśmy w piątek czyli wolny dzień dla muzułmanów. Ogromne tłumy ludzi, którzy akurat wybrali sobie to miejsce na świąteczny piknik. Trochę pospacerowaliśmy, trochę zdjęć i ruszamy dalej. Kandovan jest bardzo podobny do Kapadocji w Turcji jednak jest to tylko mała wioska, a nie cały region jak w Turcji. Z Kandovan ruszamy w stronę Jaskiń Sahalan. Po uzyskanej pomocy od autochtonów w końcu znajdujemy drogę do jaskiń jednak zapada już wieczór więc znajdujemy wyśmienite miejsce na nocleg i po dobrej kolacji kończymy dzień.

Nocleg przy jaskiniach.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 7

8 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 7

7.30 – 22.00, Khoy 237 km.

Dzisiaj zaczyna się gehenna z wjazdem. Spotykam się z „załatwiaczami granicznymi”, którzy mają przygotować dokumenty tranzytowe. Tranzytowe, gdyż nie mając CPD musimy wyjechać w innym miejscu niż wjeżdżamy, a dla nas najodpowiedniejszy jest kierunek do Armenii. W tempie „irańskim” czyli od 8.00 do 12.00 za stosownie duże pieniądze wszystko zostaje przygotowane. Gdy już dokumenty są gotowe „cwaniaki” informują mnie, że do Armenii jest 250 km i tranzyt może trwać tylko 2 dni i w dodatku z asystą jednego z nich. Oczywiście wszystko ponoć według zaleceń celników (co okazało się nieprawdą).

Reaguję na to jak płachta na byka. Wyzywam ich od oszustów i złodziei. Rzucam papierami i stwierdzam, że wracam do Turcji. Gdy przed szlabanem zbiera się grupa ludzi ciekawych co się dzieje „cwaniacy” stwierdzają, że musimy pogadać z szefem celników. Tak też robię. Na szczęście znajduje się tam również facet z biura turystycznego, który mówi dobrze po angielsku. Pomaga w całej sprawie i po następnych 2.5 godzinie ruszamy z granicy. Opis tych zdarzeń jest krótki, ale naprawdę było gorąco i bardzo głośno krzyczałem w grupie 20 osób wsłuchujących się w moje narzekania.

W końcu ruszamy, jest dosyć późno więc decydujemy się na dotarcie do Khoy i szukanie tam noclegu.

Na trasie zwiedzamy kościół Św. Tadeusza w Qarach Kelisa. W miejscowości Qarach Ziya’oddin widząc ciężarówkę na stacji wjeżdżam zatankować diesla. Sprawa wygląda następująco: kierowcy ciężarówek mają specjalne karty z limitami maksymalnie do 300 litrów, dystrybutor uruchamia się po włożeniu karty. Ustaliłem następujący system tankowania: wpadam na stacje gdy widzę ciężarówki i rzucam do kierowcy „diesel, no card”. Oczywiście w tym wspaniałym i gościnnym kraju każdy mi pomagał i przez cały czas miałem pełny bak często spotykając się z odmową przyjęcia zapłaty.

Podobnie było w Qarach Ziya’oddin, ale kierowca już skończył tankowanie i nie mógł ponownie wlać. Wobec tego kazał nam pojechać za sobą do domu. Tam wlał mi 60 litrów, poczęstował w domu ciastkami, herbatą i zaproponował nocleg. Oczywiście nie chciał żadnych pieniędzy za tą pomoc. Tak to jest w Iranie; pozytywne wrażenia przyćmiewają wszystkie złe doświadczenia.

Mogliśmy tylko podziękować i ruszyliśmy do Khoy.

Nocleg w hotelu (6 USD).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 6

7 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 6

6.00 – 23.00, Bazargan 771 km.

Około godziny 6.00 zwijam wszystkie graty i zaczynamy wspinaczkę na szczyt. Wejście w okropnym wietrze zabiera nam pół godziny, ale na szczycie czeka na nas wschód słońca z widokiem głów z 2 połowy I w.p.n.e. Było warto.

Przed nami tylko trasa do Iranu. Chcąc dotrzeć do Siverek trzeba tylko skorzystać z promu kursującego średnio co godzinę i później już tylko trasa przez Diyarbakir, Tatvan, Ercis. Na trasie między Muradiye, a Dogubayazit zostajemy zatrzymani i przeszukani przez żołnierzy w ramach rutynowej kontroli anty-kurdyjskiej. Wszystko przechodzi bez problemu, chociaż trochę trwa gdyż kontrolowany jest każdy samochód. W końcu o 23.00 jesteśmy na granicy irańskiej. Dojechaliśmy do miejsca, o którym marzyliśmy od lat. Zaraz przekonamy się jak to będzie.

Wyjazd z Turcji nie nastręcza żadnych problemów. Otwiera się brama i możemy wjechać na terytorium Iranu. Należy zaparkować samochód i udać się do kontroli paszportowej. W tempie w miarę normalnym zostają sprawdzone nasze wizy, padają pytania o cel wyjazdu i miejsca, które chcemy zobaczyć. Żołnierz skrupulatnie to notuje i po chwili wszystko jest ok. Jako kierowca zostaję skierowany do następnego stanowiska gdzie gość informuje mnie, że jeśli nie mam CPD to muszę czekać do rana na przygotowanie dokumentów tranzytowych.

Nie mając innego wyboru rozkładam namiot, gotujemy jedzonko i idziemy spać.

Nocleg na granicy.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 5

6 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 5

7.30 – 22.30, Nemrut Dagi 632 km.

Jak to zwykle bywa temperatura nas nie rozpieszcza i wstajemy przy temperaturze bliskiej zera. Pakujemy się i ruszamy. Dzisiaj naszym celem jest Nemrut Dagi. Szczyt o wysokości 2 150 m.n.p.m gdzie znajduje się słynny kompleks świątynno-grobowy króla Antiocha z wielkimi głowami, które bardzo często są symbolem Turcji w reklamach. Wieczorem docieramy na parking pod szczytem i mimo straszliwego wiatru próbujemy zasnąć. Niestety wiatr jest tak silny, iż odnosimy wrażenie, że zerwie nam namiot dachowy.

Nocleg pod szczytem.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 4

5 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 4

7.30 – 20.00, Bogazkale 895 km.

Szybka pobudka i ruszamy dalej. Podróżowanie po Turcji to sama przyjemność, szkoda tylko, że nie jedziemy czymś w rodzaju Lamborghini lub Porsche. Większość tras to dwupasmowe drogi w niewielkiej części płatne, a jeśli już to za niezbyt duże pieniądze. Niestety ceny paliwa dobijają, ON w cenie 3 TRY czyli 6,10 PLN. Oczywiście można znaleźć też za 2,40 TRY (4,90 PLN), ale trzeba szukać. Na szczęście mam 110 litrowy zbiornik i wożę dodatkowo na dachu 40 litrów więc mogę sobie pozwolić na dłuższe poszukiwania.

Jedzie się tak wyśmienicie, że pokonujemy dzisiaj bardzo przyzwoity dystans.

Nocleg na kempingu (5 TRY).

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 3

4 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 3

7.40 – 23.00, okolice Edirne 698 km.

Wczesna pobudka i szybko wyruszamy. Jedziemy w kierunku monastyru w Horezu, najważniejszej świątyni w Rumunii. Zaliczamy wielkanocne śniadanie i jesteśmy w Horezu. Tam trwają jeszcze przygotowania do nabożeństwa, zakonnice krzątają się i trwają generalne porządki. Jesteśmy około godziny 9.00 więc jeszcze nie ma wiernych i możemy w spokoju pospacerować po terenie.

Po zwiedzaniu ruszamy w dalszą drogę. Zabieramy rumuńskiego autostopowicza, z którym jedziemy do samego Bukaresztu. Okazuje się, że gość pracuje w branży turystycznej i jest odpowiedzialny za współpracę z firmą z Krakowa (jaki ten świat jest mały). Właśnie wraca do domu i jak to zwykle bywa w święta, gdyby nie nasza pomoc to utknął by w miejscu.

Trasa do Bukaresztu szybko mija i wkrótce meldujemy się w Giurgiu na moście granicznym z Bułgarią.

Uiszczamy tylko opłatę za przejazd mostem (6 EUR) i bez problemów wjeżdżamy do Bułgarii. Przy naszej trasie znajdują się interesujące cerkwie wykute w skale, zjeżdżamy więc do Ivanowa i poświęcamy trochę czasu na zwiedzanie.

Po obiedzie zjedzonym na łonie natury jedziemy w stronę Turcji. Bez żadnych przerw docieramy do Svilengradu. Na granicy tureckiej w ekspresowym tempie kupujemy wizy, spojrzenie celników na moje auto i już wita nas gościnna Turcja. Oczywiście jest już późno więc decydujemy się na nocleg na parkingu autostradowym w okolicach Edirne.

Nocleg na parkingu.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 2

3 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 2

8.40 – 22.30, Musetesti 794 km.

Po wczorajszych 577 km i jeździe do późna w nocy musieliśmy trochę odespać. Ania spała w samochodzie, ja z rodzinką w namiocie dachowym na Defenderze. Oj ciężko było wstać z ciepłego śpiwora gdy na zewnątrz było -3°C. Szybko uporaliśmy się ze złożeniem gratów i ruszyliśmy dalej. W komfortowych warunkach przejechaliśmy autostradami węgierskimi do Szegedu i wjechaliśmy do Rumunii przejściem granicznym w Nagylak. Również bardzo dobrymi drogami rumuńskimi jechaliśmy przez Arad, Deva i Petrosani.

Ze względu iż jest to moja trzecia wizyta w Rumunii, a przede wszystkim, że celem jest Iran nie zatrzymujemy się zbyt często na zwiedzanie.

Nocleg w sadzie.

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 1

2 kwiecień 2010
0 km

Iran, Armenia, Gruzja 2010 – dzień 1

17.30 – 2.30, Velky Krtis 577 km.

Od dawna myślałem o wyprawie do Iranu. Niestety niewielu podróżników docierało do Iranu swoim samochodem. Oprócz dużej odległości problem stanowi CPD czyli dokument celny pozwalający na wolny wwóz pojazdu i oczywiście swobodny wyjazd z niego. Po wielu miesiącach przeglądania zasobów Internetu dochodzę do wniosku, że można wjechać do Iranu bez karnetu mimo zapewnień osób z PZM, które uparcie chcą nas ograbiać z pieniędzy i wciskać te bezużyteczne żółte papierki.

Wyruszamy z Kalisza i jedziemy po koleżankę Anię do Sieradza. Plan na dzisiaj jest krótki, mamy przejechać tyle kilometrów ile nam się uda.

Spokojnie przejeżdżamy Polskę, granica w Cieszynie, później Słowacja. Poruszamy się bez winietki ponieważ mamy tylko 14 km odcinka autostrady na Słowacji. Jedziemy te wspomniane 14 km bez kłopotów, ale w okolicach Zwolenia wjeżdżam w niewłaściwy wjazd i zmuszony jestem zawrócić. Wykonuje ten manewr o godzinie 2 w nocy w całkowicie pustej okolicy i okazuje się, że oczywiście namierza mnie patrol drogówki schowany za filarem mostu. Intensywnie przyglądają się szybie Defendera w poszukiwaniu winietki, ale ja pokazuję gliniarzom mapę i zasypuję ich gradem pytań o drogę na Węgry i pokazuję trasę skąd przyjechałem (oczywiście nie autostradę). Po 5 minutach uciekają do swojego samochodu i każą mi jechać. Mimo wszystko trzeba przyznać, że są bardzo skrupulatni i tylko to, że byłem już za autostradą, a oni nie byli mi w stanie udowodnić, że się nią poruszałem spowodowało puszczenie mnie bez mandatu. Jednak jest prawdą, że należy uważać z naszymi przyjaciółmi z południa, bo w nadgorliwości już dawno przegonili Niemców.

W środku nocy zatrzymujemy się na leśnej polanie za Velkim Krtisem i idziemy spać.

Nocleg w lesie.

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 18 i 19

12-13 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 18 i 19

6.30 – 10.00, Kalisz 2 036 km.

Przez Francję poruszamy się autostradami bądź trasami typu N, noc spędzamy w podróży.

O 10.00 rano po 2 036 km. meldujemy się w Kaliszu. Wyprawa Maroko 2011 dobiegła końca.

 

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 17

11 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 17

9.30 – 21.00, Tuluza 590 km.

Już jest piątek, podróż dobiega końca, a przed nami jeszcze około 2 500 km. do domu. Wyjeżdżamy dopiero o 9.30 i wbijamy się w Pireneje przejeżdżając przez Andorę. Z racji tego, że Andora jest właściwym miejscem do robienia zakupów zaopatrujemy się we wszelkie dobra (dużo droższe u nas). W Andorze spędzamy 2 godziny i jedziemy dalej. Droga wśród gór dłuży się niemiłosiernie i o 21.00 jesteśmy w Tuluzie. Przejechaliśmy raptem 590 km, przed nami ponad 2 000 km, a jutro już sobota. Mimo to w Tuluzie podejmujemy decyzję o znalezieniu noclegu i wystartowaniu wcześnie rano. Zatrzymujemy się w hotelu F1.

Nocleg w hotelu (14 EUR).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 16

10 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 16

7.00 – 21.30, Calatayud 757 km.

Hiszpania pod względem pogody nie jest dla nas łaskawa w tym roku. Wstajemy o 6.30 przy temperaturze poniżej zera. Na szczęście arktyczne śpiwory pozwoliły na dobry sen, jednak składanie sprzętu w takich temperaturach nie jest miłe. Uwijamy się w błyskawicznym tempie i jedziemy kilkanaście kilometrów rozgrzewając się, a następnie serwujemy sobie dobrą kawę i śniadanie. Tak pokrzepieni możemy jechać na zwiedzanie Alhambry.

Alhambra znajduje się po przeciwległej stronie Grenady więc musimy się przebić przez miasto. Okazuje się to bardzo proste i komfortowe jadąc dwupasmową i bezpłatną A92. Po pewnym czasie do celu prowadzą nas oznaczenia i w końcu parkujemy na parkingu przed wejściem do kompleksu. Kupujemy bilety za 12 EUR od osoby i możemy się zagłębić w najwspanialsze dzieła architektów arabskich wybudowane w Hiszpanii.

Zwiedzanie pochłania nam czas do popołudnia i w tym czasie udaje nam się obejrzeć wszystkie interesujące miejsca w całym kompleksie. Polecam wszystkim odwiedzenie tego miejsca, bo naprawdę jest warto. Gdy wyjeżdżaliśmy z Alhambry robiło się już bardzo tłoczno w szczególności za sprawą wycieczek szkolnych.

Po Alhambrze ruszamy na północ, wjeżdżamy na trasę N4 i do 21.30 pokonujemy 757 km. Udaje nam się znaleźć bardzo atrakcyjny hotel Miravella w Calatayud. Zmęczeni idziemy na zasłużony odpoczynek.

Nocleg w hotelu (12 EUR).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 15

9 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 15

11.00 – 1.00, okolice Grenady 356 km.

Na zwiedzanie wychodzimy dopiero o 11.00 po późnym śniadaniu i spakowaniu gratów. Parkujemy w centrum i wchodzimy w zabytkową medynę. Oglądanie wąskich uliczek z płynącym w arabskim stylu życiem dostarcza wielu miłych chwil. Cała medyna jest malowana w różne odcienie koloru niebieskiego, a usytuowanie na różnych poziomach jeszcze bardziej podkreśla jej urok. Chefchaouen jest bardzo ciekawym miastem i pokusiłbym się o stwierdzenie, że jednym z najładniejszych, ale wydaje mi się, że chyba jeszcze nie do końca odkrytym przez turystów co nam bardzo odpowiadało. Na koniec zrealizowaliśmy jeszcze małe zakupy targując się z okolicznymi sprzedawcami i wypiliśmy kawę odpoczywając w miłych 27°C.

Z Chefchaouen droga prowadzi do Tatawinu, który omijamy obwodnicą, tankujemy na znajomej stacji Afryka i jeszcze przed dotarciem do Ceuty raczymy się dobrym, ale ostatnim obiadkiem marokańskim w Cabo Negro nad Morzem Śródziemnym.

Wyjazd z Maroka jest płynny. Wypełniamy fiszki, oddaję jeden egzemplarz dokumentu dotyczącego samochodu, który wypełniałem przy wjeździe. Cała procedura trwa 20 minut i po chwili wjeżdżamy do hiszpańskiej Ceuty. Szybko przejeżdżamy przez miasto i  wpadamy do portu. Mamy szansę załapać się na prom odpływający za 15 minut, ale tempo pracy sprzedawczyni biletów było takie powolne, że niestety nie udaje się nawet odebrać biletów. Udaję bardzo zdenerwowanego i tym sposobem dostajemy 15% rabat na następny prom, niestety odpływający za półtorej godziny. Ok i tak nie mamy innego wyjścia.

Przy wjeździe na terminal zaczyna się normalna procedura przeszukiwania pojazdów przez psy węszące za narkotykami. Na promie spędzamy dwie nudne godziny i w końcu jesteśmy na kontynencie europejskim.

Tutaj stoimy w długiej kolejce i ponownie trwa procedura obwąchiwania pojazdów przez dwa owczarki niemieckie swobodnie biegające między samochodami. I faktycznie trzy pojazdy przed nami psy zdecydowanie natarczywiej reagowały na jeden z samochodów, w konsekwencji zostały do środka wpuszczone i coś wywąchały. Natychmiast kierowca został skuty kajdankami, pojazd odstawiony przez celników i wjazd zamknięty. Po 5 minutach wszystko wróciło do normy i ruszyliśmy.

Ustaliliśmy, że jedziemy w okolice Grenady, aby jutro móc od rana stawić się na zwiedzanie Alhambry. Oznaczało to, że śpimy gdzieś po drodze.

Nocleg na parkingu.

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 14

8 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 14

9.30 – 20.15, Chefchaouen 227 km.

Szybko wstajemy i w minusowej temperaturze zwijamy namioty. Jedziemy do medyny i tam mamy zamiar się rozgrzać i rozruszać. Jak zwykle jesteśmy jednymi z pierwszych turystów i w spokoju możemy spacerować po zabytkowej medynie. W pewnym momencie spotykamy trójkę Polaków z Sopotu, „backpackersów”, którzy przylecieli do Maroka na kilka dni. Razem postanawiamy odwiedzić słynne farbiarnie skór. Trochę krążymy, ale przy pomocy jednego z Sopocian trafiamy na miejsce. Smród jest niesamowity, ale jest to warte obejrzenia. Po spacerach uliczkami medyny pora na pierwszy posiłek tego dnia. Siadamy w knajpce, w której Polacy jedli wczoraj, ale najpierw trochę się ociągamy. Daje to właściwy efekt, bo właściciel natychmiast podaje nam inne, tańsze menu informując, że w nim są ceny dla Marokańczyków. W dobrych humorach spędzamy następną godzinę.

Postanawiamy dojechać do Chefchaouen. Wyjeżdżamy na trasę R501, ale później gdzieś z niej zjeżdżamy i do samego Ouazzane toczymy się szutrami w ślimaczym tempie, chociaż przez urokliwe wioski. Tempo to powoduje, że do Chefchaouen, który był tylko 227 km. docieramy wieczorem. Wbijamy się w znany mi z poprzedniej podróży kemping usytuowany wysoko nad miastem. Jakoś dzisiaj dziewczyny nie reflektują na kemping, ale obok znajduje się schronisko młodzieżowe i to w cenie kempingu. Skwapliwie z tego korzystamy. Z racji, że jesteśmy jedynymi rezydentami schroniska mamy do dyspozycji kuchnię i prysznice z gorącą wodą.

Chefchaouen jest tylko 110 km. od Ceuty więc ustalamy, że wysypiamy się do oporu, a później idziemy w „niebieskie miasto”.

Nocleg w schronisku (40 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 13

7 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 13

10.00 – 22.00, Fez 514 km.

Dzisiaj przypada nam dzień jazdy. Musimy dotrzeć do Fezu, ale najpierw robimy poważne zakupy w centrum handlowym, w którym wbrew pozorom można kupić wiele ciekawostek spożywczych niedostępnych w Polsce lub u nas bardzo drogich.

Trasa nie jest skomplikowana, jedziemy N8 połykając kilometry. Mijamy Beni Melal, Khenifrę. W Azrou jesteśmy już po zachodzie słońca więc nici z oglądania makaków wychodzących na drogę. Ponadto odcinek trasy z Azrou przez malownicze Ifrane odbywa się na wysokości ponad 1 100 m.n.p.m i temperatura nie przypada do gustu dziewczynom. Szybko zjeżdżamy do Fezu gdzie temperatura się nie poprawia zasadniczo, ale chociaż jesteśmy u celu podróży.

Lokujemy się na kempingu (najgorszym z całej podróży) za horrendalne pieniądze i to bez ciepłej wody (nie mogła się jakoś rozgrzać do rozsądnej wartości).

Nocleg na kempingu (55 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 12

6 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 12

9.00 – 21.30, Marrakesz 227 km.

Wszystkie wrażenia zostawiliśmy sobie na dzisiaj. Po pobudce, bez śniadania wyjeżdżamy do Ait-Benhaddou. Najsłynniejszy ksar Maroka, wpisany na listę UNESCO, miejsce, w którym nagrywano wiele hollywoodzkich produkcji. Wystartowaliśmy od rana i udało się pozwiedzać i zrobić kilka dobrych zdjęć bez tłumów turystów. Gdy kończyliśmy zwiedzanie dopiero otwierały się różne sklepiki i kramy. W jednym z nich dobiliśmy bardzo udanych targów i stałem się właścicielem tuareskiego krzesełka.

Później udaliśmy się mało uczęszczana i bardzo malowniczą trasą przez Kasbah Anemiter i wypadliśmy na główną N9 przed przełęczą Tizi-n-Tichka (2 260 m.n.p.m). Jadąc w stronę Marrakeszu po krętej drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym zajeździe na śniadnio-obiad złożony z rewelacyjnego tadżina z kozim mięsem i kawy na deser. Pokrzepieni i zadowoleni pojechaliśmy w stronę Marrakeszu.

O 16.00 byliśmy w Marrakeszu, a po następnych 20 minutach już parkowaliśmy Defendera na parkingu przed Placem Jem Al Fna. Spacerując po raz drugi w tym miejscu mogliśmy z dystansem poobserwować polowanie na turystów przez najróżniejszych naganiaczy i sprzedawców wszelkich dóbr.

Pochodziliśmy po placu i medynie i pod wieczór pojechaliśmy na kemping, którego usytuowanie próbowałem sobie przypomnieć sprzed 5 lat. Trochę pobłądziliśmy na obwodnicy i w końcu trafiliśmy na kemping, który okazał się luksusowym miejscem (jak na standardy kempingów) i w rewelacyjnej cenie, jednak nie było to miejsce z naszego poprzedniego pobytu, aczkolwiek w tych samych okolicach.

Nocleg na kempingu (29 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 11

5 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 11

10.00 – 20.45, okolice Ait-Benhaddou 560 km.

Dzisiaj mamy dłuższy odcinek do pokonania bez specjalnego zwiedzania. Wracamy do Guelmim i później trasą do Agadir i na obwodnicy Agadiru na trasę N10 prowadzącą w stronę Ouarzazate i Marrakeszu. W okolicach wsi Aoulouz chodzi mi jeszcze po głowie przejechanie rzadko uczęszczanym traktem przez wsie Askaoun i Tachokchte, ale świadomość lichej drogi, środka zimy i przełęczy na 2 500 m.n.p.m sprowadza mnie na ziemię i jedziemy grzecznie N10. Pod wieczór jesteśmy przed Ouarzazate na skrzyżowaniu drogi do Ait-Benhaddou. Nieopodal skrzyżowania stoi nowo wybudowana oberża, której właścicielka namawia nas do noclegu. Jedziemy jeszcze trochę w stronę ksaru, ale wracamy po kilku kilometrach nie znalazłszy żadnego dobrego miejsca na nocleg. Jesteśmy na dosyć dużej wysokości względnej, temperatura oscyluje koło 0°C, brakuje też dobrego miejsca na biwak. Jesteśmy zdani na oberżę. Wytargowaliśmy po 100 MAD od osoby i zaparkowaliśmy Defendera w ogródku.

Nocleg w oberży (100 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 10

4 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 10

9.00 – 20.00, Abeino 536 km.

Jest 4 luty, a my 13 lutego musimy być w Polsce. Niestety dzisiaj będzie punkt zwrotny w naszym wyjeździe i nieuchronny powrót do domu.

Wyjeżdżamy o 9.00 jeszcze ruszamy na południe. Tym razem jedziemy wzdłuż wybrzeża wypatrując wraków statków osiadłych na tych zdradliwych mieliznach.

Co pewien czas zatrzymujemy się na sesje fotograficzne. Po 160 km. osiągamy Tarfaya. Miejscowość wśród piasków na wybrzeżu jest zdecydowanie odmienna od reszty Maroka, życie toczy się tutaj swoim rytmem związanym z wiejącym wiatrem i warunkami na oceanie. Przekonaliśmy się o tym chcąc zamówić jakieś owoce morza, niestety od kilku dni rybacy nie mogli wypłynąć ze względu na warunki pogodowe. Zadowoliliśmy się kawą i spacerem po miejscowości.

Tarfaya to była miejscowość skąd rozpoczęliśmy powrót do Polski. Dziewczyny wypatrzyły w oddali wrak statku i powędrowały przez wydmy na sesję fotograficzną ja natomiast zatankowałem we wszystkie możliwe kanistry najtańsze paliwo (1 litr ON/5,10 MAD) dofinansowywane przez Maroko dla zwiększenia napływu nowych osadników z części marokańskiej do Sahary Zachodniej. Byliśmy 906 km. od granicy mauretańskiej; aż łza kręciła się w oku na myśl, że to tak blisko, a my musimy wracać. Na pewno tutaj wrócimy i pojedziemy dalej.

Powrót przebiegał pod znakiem połykania kilometrów i gdy było już około 19.00 dotarliśmy do Guelmim. Braliśmy pod rozwagę nocleg w dawnej kolonii hiszpańskiej Sidi Ifni, w której byłem 6 lat temu i bardzo miło wspominam to miejsce i jego atmosferę, ale znaleźliśmy w przewodniku miejscowość Abeino. Abeino – miejscowość z ciepłymi źródłami, z kempingiem, dobrą restauracją. Ok. pojedziemy i sprawdzimy, bo to tylko 10 km. od Guelmim i nawet prawie w kierunku wspomnianego Sidi Ifni.

Po dojechaniu okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Kemping w rewelacyjnej cenie, na tymże kempingu był otwarty całą dobę kryty basen z gorącymi źródłami za śmieszne 15 MAD/osoby bez ograniczeń czasowych. Restauracja również była w tym samym miejscu.

Rozbiliśmy biwak, zamówiliśmy tadżin i poszliśmy się wymoczyć na parę godzin. Po interesującym dniu ukoronowaniem był wyśmienity posiłek.

Nocleg na kempingu (20 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 9

3 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 9

10.45 – 18.30, plaża za El Ouatia 359 km.

Dzisiaj zaczyna się Western Sahara. Bezkres Sahary, groźny Atlantyk, wysokie klify, wielkie przestrzenie, odludzie i puste drogi, a w zasadzie jedna droga prowadząca do Mauretanii. W związku z tym, że dysponujemy tylko trochę ponad 2 tygodniami nie mamy szans na dotarcie zbyt daleko na południe. Mam w planach wyprawę do Mauretanii i Mali lub Senegal z Gambią, co pozwoli na przejechanie całej Sahary Zachodniej. Dlatego też ustaliliśmy, że jedziemy trochę na południe i w pewnym momencie zawracamy.

Posiedzieliśmy trochę dłużej na kempingu i o 10.45 wyruszyliśmy. Dobiliśmy do głównej N1 minęliśmy Tiznit i po około 125 km. zatrzymaliśmy się w centrum Guelmim na obiad. Tym razem był to kurczak z rożna z sałatkami w miejscowej knajpce.

Za Guelmim zaczyna się pusta droga, z rzadka mijamy lub wyprzedzamy samochody. Po prawej stronie w pewnym oddaleniu Ocean Atlantycki, po lewej stronie Pustynia Sahara, która ciągnie się do Egiptu. Piękna w każdej swojej postaci i jakże pociągająca dla podróżników.

Po następnych 125 km. jesteśmy w Tan-Tan skąd tylko 25 km. do wybrzeża. Niestety dostęp do plaży w większości miejsc jest niemożliwy ze względu na wysokie klify, a i ocean jest bardzo niebezpieczny ze swoimi wysokim falami (na wybrzeżu jest wiele dobrych miejsc dla surferów).

W okolicach El Ouatia wklejamy Defendera poszukując miejsca na nocleg, ale sprawna akcja dziewczyn z łopatkami i podkładaniem chodniczków z auta ratuje nas z opresji. Już grzeczni i skruszeni wracamy na asfalt i po kilku kilometrach znajdujemy ładną i dostępną zatoczkę.

Nocleg na plaży.

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 8

2 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 8

9.30 – 20.30, Sidi Ouassai 259 km.

Jak zwykle rano pozbieraliśmy się wcześnie i o 9.00 parkowaliśmy już przed bramą medyny. Essauira to wspaniałe i bardzo wciągające miejsce. Gdy wchodziliśmy do zabytkowej medyny wpisanej na listę UNESCO jeszcze wszystko było senne i nic nie wskazywało, że ten punkt naszej wycieczki będzie jednym z najważniejszych i chyba najciekawszym. W miarę upływu czasu wąskie uliczki poprzez otwierane sklepy i kramy po obu stronach robiły się jeszcze węższe. Sprzedawcy starali się sprzedać nam swoje towary po najlepszych i najniższych cenach dla pierwszych kupujących. Faktycznie w Essauirze udało nam się zrobić kilka interesujących zakupów i to w bardzo atrakcyjnych cenach.

Pochodziliśmy jeszcze po murach z szeregiem armat, wypiliśmy dobrą kawę i tak w miłej atmosferze czas minął do 13.00. Było już bardzo tłoczno i hałaśliwie więc uznaliśmy, że można się ewakuować.

Z Essauiry pojechaliśmy dalej na południe. Bez zatrzymywania przejechaliśmy Agadir (mekkę urlopowiczów „last”, „first” i kto wie jakich jeszcze „minute”) i jadąc trasą N1 szukaliśmy zjazdu na Park Narodowy de Souss-Massa. Udało się dojechać do końca drogi dzięki napędowi 4×4, gdyż był to odcinek off-road. Na końcu drogi znajdował się upragniony przez dziewczyny rezerwat ptaków. To jest już tradycja naszych wyjazdów, że oglądamy zawsze zabytki UNESCO, staramy się zobaczyć jakąś jaskinię i oczywiście zawsze rezerwat ptaków.

I zawsze jest tak, że ptaków w tych rezerwatach nigdy nie ma. Tak było też tym razem, ale tradycji stało się zadość.

Zadowolone dziewczyny wróciły do samochodu i już po ciemku szukaliśmy kempingu w Sidi Ouassai, który wyhaczyliśmy po drodze. Kemping nad Atlantykiem i z dobrymi warunkami bytowymi.

Nocleg na kempingu (27,50 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 7

1 luty 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 7

9.30 – 19.30, Essauira 316 km.

Czas do południa przeznaczamy na zwiedzanie El Jadidy. Zbieramy się z kempingu i jedziemy w okolice centrum parkując koło murów obronnych dawnego portugalskiego miasta Mazagan. Mazagan, bo tak nazywała się El Jadida za panowania pierwszych portugalskich odkrywców jest w zasadzie miastem jeszcze nie odkrytym przez turystów. Bardzo przyjemnie się nam spacerowało po uliczkach starego miasta wśród których tętni normalne życie Marokańczyków. Przy okazji obejrzeliśmy dawną cysternę – zbiornik na wodę dla miasta. Poza murami miasta zagłębiliśmy się jeszcze w medynę i na koniec posiedzieliśmy przy kawie wśród porannego zgiełku targowego.

Z El Jadidy podobnie jak wczoraj wybraliśmy drogę R301 nad samym Atlantykiem. Jechaliśmy dosyć odludnymi rejonami. W Oualidia postanowiliśmy zjeść miejscowe przysmaki, czyli owoce morza. Okazało się, że jednak były z tym problemy i w końcu wylądowaliśmy w przydrożnym lokaliku, w którym był duży ruch. Zamówiliśmy marokański specjał – tadżin. Uczta była tak wyśmienita, że zapomnieliśmy o owocach morza. Po obiadku pojechaliśmy dalej, minęliśmy Safi i później trasą N1 dojechaliśmy do Essauiry.

Mimo, że kemping znajduje się przy głównej trasie przed miastem trochę pokrążyliśmy w poszukiwaniu innego kempingu opisanego w przewodniku. Nie udało się nam go znaleźć i rozbiliśmy się na wyżej wspomnianym.

Ogólnie całkiem dobre miejsce, jednak z dużą ilością betonu. Zwiedzanie Essauiry zostawiamy na jutro.

Nocleg na kempingu (24 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 6

31 styczeń 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 6

9.00 – 21.00, El Jadida 508 km.

W nocy trochę nam padało, a rano temperatura oscylowała koło zera. Niestety prognozy pogody informujące o 20°C były dużo naciągane. Bywało 20°C, a nawet 30°C, ale dopiero koło południa i to w słońcu. Rano było blisko zera.

Wyjeżdżamy o 9.00 i kierujemy się w stronę autostrady. Przed Larache wjeżdżamy na pustą autostradę i jedziemy wzdłuż atlantyckiego wybrzeża. Omijamy Rabat i na obwodnicy Casablanki wybieramy najbardziej dogodne miejsce do wbicia się w miasto. Za punkt orientacyjny wybieramy Meczet Hassana II. Bez żadnych problemów docieramy pod meczet. Gdy byłem tutaj 5 lat temu wybraliśmy się na zwiedzanie meczetu, który jako jedyny jest udostępniony zwiedzającym. Dzieje się to za opłatą i z przewodnikiem, ale naprawdę warto to zrobić. Tym razem ograniczyliśmy się do pospacerowania na zewnątrz meczetu i uchwycenia ciekawych chwil na fotografiach.

Z Casablanki jadąc trasą R320 nad samym Atlantykiem dotarliśmy do następnej zaplanowanej atrakcji – miasta El Jadida. Dojechaliśmy już pod wieczór więc rozlokowaliśmy się na kempingu i zostawiliśmy zwiedzanie na jutro.

Nocleg na kempingu (17,40 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 5

30 styczeń 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 5

8.30 – 22.00, Martil 522 km.

Dzisiaj trochę wcześniejsza pobudka, bo mamy zamiar pozwiedzać Cordobę. Już o 9.00 parkujemy Defendera w Cordobie i idziemy na zwiedzanie zabytkowego centrum. Element wspólny dla moich wyjazdów to niestety krótki czas na zwiedzanie miejsc, szczególnie tych, które znajdują się podczas pokonywania długich odcinków przelotowych. Tak było również w tym przypadku. Zarezerwowaliśmy sobie kilka godzin i ruszyliśmy w miasto. Było rewelacyjnie zważywszy, że chodziliśmy rano, gdy jeszcze miasto spało. Polecam takie zwiedzanie bez hałasu i tłumu innych turystów. Udało nam się pospacerować różnymi zaułkami i tajemniczymi uliczkami i w końcu wylądowaliśmy na dobrej kawie. Około południa ruszyliśmy w dalszą drogę. Jadąc cały czas dwupasmowymi wygodnymi trasami dotarliśmy do Algeciras. W porcie spokojnie zaparkowaliśmy i poszliśmy szukać biletów do Ceuty w rozsądnej cenie. Trzeba uważać na naganiaczy i sprzedawców w okienkach, którzy za wszelką cenę starają się przekonać nas, że to ich propozycja jest najtańsza. Rozsądnie wybraliśmy szybszy prom wypływający za 15 minut. Bilety kupiliśmy w szybkim tempie, dostaliśmy jeszcze trochę rabatu i po kilku minutach byliśmy już na promie. W konsekwencji zapłaciliśmy w miarę rozsądne 198 EUR za 5 osób z Defenderem w jedną stronę. Po godzinie już zjeżdżaliśmy w Ceucie. Szybko jedziemy na granicę marokańską. Podobnie jak 5 lat temu należy zaparkować samochód w kolejce i udać się po fiszki w celu ich wypełnienia.

Pobieram 5 fiszek dla osób, jedną dla pojazdu, wypełniamy wszystko i ponownie wracam do dwóch okienek po pieczątki. Na koniec miła rozmowa z szefem celników i wjeżdżamy do Maroka. Cała procedura trwa mniej niż godzinę.

Granica wygląda tak jak 5 lat temu, natomiast droga do Tatawinu to już Europa „całą gębą”. Wszystko wygląda na tak dopracowane, że obawiam się iż już nie zobaczymy w Maroku Afryki jaką pamiętam z innych krajów lub chociażby z poprzedniego pobytu.

Jedziemy do Tatawinu z zamiarem pozwiedzania miasta, którego jeszcze nie oglądałem. Tylko tankowanie na stacji Afryka przed centrum handlowym za 7,30 MAD /1 litr ON. Do parkingu w centrum miasta doprowadza nas lokales na motorku podający się oczywiście za studenta, przewodnika i Bóg wie jeszcze kogo. Gdy chodzimy po medynie łazi jakiś czas za nami, później przysyła innego namolnego gościa, ale tego też spławiamy. Oczywiście gdy wychodzimy z medyny prowadzi nas do jakiś smutnych restauracji, ale my znajdujemy lokalną jadłodajnię z bombowym żarciem za śmieszne pieniądze. Jeszcze tylko krótka wymiana ostrych słów z lokalesem i w końcu mamy gościa z głowy. Jesteśmy zadowoleni i najedzeni więc zostaje tylko znaleźć miejsce na nocleg. Wiem, że w Martil koło Tatawinu jest kemping więc tam jedziemy i o 22.00 jesteśmy na miejscu.

Nocleg na kempingu (35 MAD).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 4

29 styczeń 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 4

9.00 – 22.00, Montoro 976 km.

W Canilo spędziliśmy miły wieczór, wyspaliśmy się, ale trzeba było ruszać dalej. Przed nami długa droga do Maroka. Ruszyliśmy o 9.00 i  wspaniałymi drogami hiszpańskimi sprawnie poruszaliśmy się na południe. To co Hiszpania wybudowała przez ostatnie 5 lat jest niesamowite i robi ogromne wrażenie, a dodam, że mogłem te osiągnięcia zobaczyć tylko z okien samochodu. Jechaliśmy łącznie 13 godzin z krótkimi 2 godzinnymi postojami. Udało nam się pokonać 976 km. Dotarliśmy do miejscowości Montoro przed Cordobą. Nocleg znaleźliśmy w Hotelu Montoro. Niestety noclegi na kempingach nie wypaliły ze względu na zimowe warunki w Hiszpanii (nawet na południu) spowodowane zimnym frontem atmosferycznym.

Nocleg w hotelu (17,50 EUR).

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 3

28 styczeń 2011
0 km

Hiszpania, Maroko 2011 – dzień 3

9.00 – 21.00, Canilo 631 km.

Rano szybkie śniadanie i ruszamy dalej. Przedzieramy się przez Francję starając się znajdować rozsądny kompromis miedzy płatnym autostradami, a bezpłatnymi „nacjonalkami”. Jadąc w tą stronę udało nam się zapłacić 30 EUR za autostrady, wynik niezły, ale nie fenomenalny.

Jechaliśmy trasą na Andorę i gdy byliśmy 30 km przed jej granicami rozpętała się nawałnica śnieżna. Francuzi wprost oszaleli, wszyscy zatrzymali się na poboczach i parkingach i zakładali łańcuchy na koła. Wyglądało to komicznie i zadawałem sobie pytanie czy łańcuchy są tutaj obowiązkowe. Twardo jechałem i wyprzedzałem francuzików i w końcu Andora przywitała nas stacją benzynową z ON za 1,03 EUR/litr. Wspaniała cena paliwa,  niższa niż w Polsce.

Było już dosyć późno i zaczęliśmy szukać noclegu. Niestety trafiliśmy na piątkowy wieczór i dosłownie wszystkie miejsca noclegowe od tych najtańszych do najdroższych były zajęte przez narciarzy. W końcu po długich poszukiwaniach w miejscowości Canilo wynajmujemy bungalow.

Dzisiejszy dystans to tylko 631 km, ale warunki były bardzo niesprzyjające. Ponadto przejechanie w Andorze 20 km od wysokości 1 000 m.n.p.m do 2 392 m.n.p.m zajmuje trochę czasu.

Nocleg w bungalowie (20 EUR).

Iran, Armenia, Gruzja 2010

Iran, Armenia, Gruzja 2010