Służby pracę na terminalu rozpoczynają o 9.00. Jesteśmy jedynymi turystami na przejściu. Oprócz nas są jeszcze dwie ciężarówki i w trakcie naszej odprawy jeszcze pojawiają się dwie terenowe toyoty. Tłoku i nadmiaru pracy tutaj nie mają. W miarę sprawnie nas odprawiają i możemy ruszyć w stronę Algierii.
Posterunki są od siebie oddzielone około kilometrowym pasem drogi, w środku którego znajduje się faktyczna linia graniczna oraz miejsce na celebrowanie bilateralnych imprez państwowych.
Zabudowania graniczne po obu stronach są swoimi lustrzanymi odbiciami. Do 2018 roku Mauretania i Algieria nie miały oficjalnego przejścia granicznego. Przejście Zouerat-Tinduf zostało otworzone w 2018 roku, ale do 2024 nie obsługiwało ruchu osobowego z wyjątkiem ruchu pojazdów ciężarowych. Przejście zostało stworzone jako przeciwwaga dla „jedynego w tej okolicy” z Maroka do Mauretanii. Piszę to w cudzysłowie, bo znajduje się ono kilka tysięcy kilometrów stąd, ale jest jedynym z wybrzeża Morza Śródziemnego na południe Afryki. Teraz mamy już dwa przejścia i jakąś wizję budowy drogi asfaltowej przez tereny, którymi jechaliśmy ostatnie 4 dni. Algieria też uznała, że taki punkt graniczny może zdecydowanie wpłynąć na ekonomikę i atrakcyjność kraju i mocno inwestuje w ten rozwój. Dodatkowo nieprzyjazne stosunki marokańsko-algierskie nakręcają chęć stworzenia nowego szlaku handlowego północ-południe.
My wbiliśmy się ze swoją podróżą jako jedni z pierwszych Europejczyków na tej granicy.
Wjechaliśmy na terminal algierski i rozpoczęła się żmudna i drobiazgowa procedura. W przypadku kontroli paszportowej wszystko poszło w miarę szybko. Mieliśmy mały problem gdyż jedna z osób miała krótszą wizę niż reszta grupy, ale nie spowodowało to żadnych utrudnień. Bardzo szybko został wystawiony „glejt”, który opisywał całą sytuację i powód naszego opóźnienia.
Gorsze rozpoczęło się wraz z kontrolą celną. Samochody zostały przeszukane bardzo gruntownie, łącznie z rozpakowaniem każdej torby (a mieliśmy ich dużo). Zainteresowanie służb wzbudziły lekarstwa (szczególnie te nieopisane), gotówka oraz drony. Tłumaczyliśmy się mocno, a było to utrudnione gdyż większa część bagażu nie należała do nas tylko do osób, które już nas wcześniej opuściły drogą lotniczą. Ciężko się tłumaczyć z bagaży, których nie jest się właścicielem. Ostatecznie Algierczycy zabrali nam dwa drony i oczywiście jest możliwość ich odebrania, ale tylko z tegoż przejścia granicznego, tylko w stronę Mauretanii i tylko osobiście. Czyli wszystko jasne; sprzęt przepadł.
Po godzinach nieskutecznych pertraktacji, o 16.00 wyjeżdżamy z terminala. Wyruszamy w towarzystwie żandarmerii, która eskortuje nas do Tidufu.
W Tindufie wymieniamy walutę (oczywiście na czarnym rynku, bo tylko ten daje dobrą cenę), tankujemy i wreszcie po kilku dniach zjadamy przepyszne algierskie dania.
Wieczorem nadal z żandarmerią wyjeżdżamy kilka kilometrów za miasto na punkt kontrolny, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Ciężki dzień kończymy o 19.00.